|
Niedziela, 1 Sierpnia 2010
|
| Jarmarki i Erika |
|
|
| 28.12.2009. | |
|
Za kilka dni najbardziej oczekiwany dzień w roku, wigilia świąt Bożego Narodzenia. W Berlinie, już 1 grudnia rozpoczyna się wielkie odliczanie. Właśnie na początku tego miesiąca wszyscy obdarowują się nawzajem specjalnymi kalendarzami z niespodziankami. Najczęściej są to 24 czekoladki, ale bywają też upominki lub kosmetyki. To bardzo miły, rodzinny zwyczaj świętowania Bożego Narodzenia właściwie przez cały miesiąc. A nawet dłużej, gdyż równo cztery tygodnie przed gwiazdką rozpoczynają się tzw. Jarmarki Adwentowe.
W tym roku naliczyłem ich w całym mieście ponad 50 ! To już chyba berlińska specjalność. Chodzi na pewno też i o handel i przyciągnięcie do miasta setek tysięcy turystów. Ale przy okazji bożonarodzeniowej tradycji, osiągnięto wspaniały efekt integracyjny w tym wielonarodowym mieście. Tu już nie ma znaczenia, czy ktoś jest chrześcijaninem, muzułmaninem, czy niewierzącym. Rodzinami lub grupami znajomych, idzie się chociaż raz posłuchać kolęd, popróbować świątecznych smakołyków - również z Polski - lub kupić ostatnie prezenty pod choinkę. W tym roku jest już chyba za późno, ale za rok warto odwiedzić Berlin właśnie w tym czasie, polecam! Kilka dni temu przejeżdżając główną promenadą Berlina - Unter den Linden, zresztą zatłoczoną podobnie, jak centrum Warszawy, byłem świadkiem zupełnie innej uroczystości. Z okazji żydowskiego święta światła - Chanukki, przy Bramie Brandenburskiej i na kilku innych placach miasta, zapalono tradycyjne, dziewięcioramienne świeczniki. Taki właśnie jest współczesny Berlin, różnorodny i tolerancyjny. Zresztą tę różnorodność berlinczyków widać na każdym kroku. W hotelach, sklepach, na ulicy, w metrze i autobusach. Ostatnio rozmawiałem z „typowym” berlińskim taksówkarzem. Naturalnie też emigrantem z jakiegoś dalekiego kraju. Opowiedział mi, jak to on i wielu jego kolegów przyjechało do Berlina wiele lat temu na studia, a po rozbiciu muru berlińskiego, zdecydowało się osiedlić na stale. Nie dla wszystkich uśmiechnął się los i wielu z nich traktuje swoje uniwersyteckie dyplomy tylko, jako pamiątkę z młodości. W tej grupie jest również wielu naszych rodaków. W Berlinie jest obecnie około siedmiu i pół tysiąca taksówek. Większość z nich to jednoosobowe firmy, ale są również te liczące po kilka, czy kilkanaście samochodów. Mój rozmówca, mówiący zresztą słabo po niemiecku, bardzo skarżył się na swoją sytuację finansowa. Proszę nie sugerować się, że jedziemy prawie nowym mercedesem - powiedział. Kupiłem go na raty i teraz pracuję po dwanaście godzin dziennie, trzydzieści dni w miesiącu. Nowy samochód to prawie oficjalny wymóg, a do tego dochodzi coraz więcej opłat, podatków itp. Od 1 stycznie będziemy musieli płacić dodatkowo za wjazd po klienta na lotnisko, a w planach są podobne opłaty na dworcach i innych postojach. No, ale chyba walczycie o swoje prawa? Ktoś broni waszych interesów - zapytałem. Tak, są w Berlinie aż trzy organizacje zrzeszające taksówkarzy, ale reprezentują one przede wszystkim interesy dużych firm i ich właścicieli . Tacy, jak ja nie mają szans... No, właśnie. W kolorowym, pięknie udekorowanym Berlinie jest wiele grup zawodowych walczących na co dzień o swoją egzystencję. Jak ktoś kiedyś powiedział: „ nie to złoto, co się świeci”. Moje informacje z przedświątecznego Berlina nie byłyby pełne, gdybym nie wspomniał o pewnym wydarzeniu, które jednych rozśmieszyło, innych zaniepokoiło a jeszcze innych porządnie zdenerwowało. O czym mówię? Oczywiście o zamieszaniu, jakie wywołała Erika Steinbach. Zachęcona karierą, jaką zrobiła w polskich mediach, postanowiła zrobić, a właściwie powiedzieć coś, co nadawać się będzie na pierwsze strony wszystkich niemieckich gazet. No i powiedziała. Na przełomie listopada i grudnia postawiła ultimatum niemieckiemu rządowi; „albo do końca roku, gabinet pani Merkel zaaprobuje moją obecność w zarządzie Fundacji Centrum przeciw Wypędzeniom albo...”. Tego jeszcze nie było! Pani kanclerz, kobieta zrównoważona i odpowiedzialna, przemilczała przed jesiennymi wyborami do niemieckiego parlamentu ten drażliwy temat. Obecnie, sprawa Steinbach mogłaby doprowadzić do kryzysu w nowej, powyborczej koalicji CDU-FDP. Dlatego, do akcji wkroczył wicekanclerz i minister spraw zagranicznych Guido Westerwelle. Poprosił sprawczynię całego zamieszania na rozmowę w cztery oczy, po której zapadła totalna cisza! Na jak długo? Nie wiem. Myślę, że rząd niemiecki będzie miał jeszcze wiele problemów z tą kobietą. Tak, właśnie przede wszystkim rząd w Berlinie. Osobiście z satysfakcją zauważyłem, że w polskich mediach było stosunkowo cicho na temat ostatnich wypowiedzi tej pani. I bardzo dobrze. Jej zależy na reklamie i międzynarodowym rozgłosie. Dlatego, tym bardziej nie należy jej w tym pomagać. Na koniec, niech mi będzie wolno przesłać wszystkim Czytelnikom życzenia wesołych i szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia i dobrego poślizgu w Nowy Rok - tak, jak mówią berlińczycy.
|
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|