|
Niedziela, 1 Sierpnia 2010
|
| NO TO KONIEC? |
|
|
| 24.11.2009. | |
|
No to zostało nam tylko trzy lata. W grudniu 2012 roku świat ma
przestać istnieć, bo tak kiedyś podobno wymyślili Majowie. Tak głoszą
współcześni „prorocy”, nie biorąc jednak pod uwagę tego, że Majom
wierzyć nie można. Pomylili się o sześć wieków, ich świat przestał
bowiem istnieć w XIV wieku.
Ale ponieważ człowiek jest tak skonstruowany, że bardzo lubi bać się – najpierw rodziców, potem księdza, a w końcu żony i utraty pracy - na straszeniu można zarobić ogromne pieniądze. Wiedzą o tym doskonale cwani amerykańscy filmowcy, co kilka miesięcy epatujący widzów komputerowymi wizjami kosmicznej katastrofy. A to uderzy w ziemię asteroida, a to przyjdzie globalne zlodowacenie, a to zaleje nas potop, lub jakiś wariat doprowadzi do tak wielkiego wybuchu nuklearnego, że nic ze świata nie zostanie. Poza tym palantem oczywiście, bo przecież ktoś musi iść do kasy...
Tak jak autor najnowszego filmu, w którym najpierw pęka skorupa ziemska, grzebiąc pod gruzami miast miliardy ludzi. Potem oceany występują z brzegów. I to tak bardzo, że zalane zostają buddyjskie klasztory położone wysoko w... Himalajach. Tsunami zmiata Biały Dom, rozpada się Watykan, a Las Vegas zapada pod ziemię. Ciekawe, ile dolarów już na tym filmie zarobiono...
A może jednak koniec świata nastąpi? A może - tak na wszelki wypadek - warto wyliczenia nieistniejącego ludu potraktować poważnie?... Konsekwencje takiego myślenia są poważniejsze niż się nam wydaje. Bo czy warto wydawać pieniądze podatników na prezydenckie i parlamentarne wybory, skoro kadencja nie zostanie dokończona? No i po co startować w takich wyborach? Przecież świadomi obywatele, wiedząc o końcu świata, w ogóle nie powinni głosować. Po co nam prezydent, który ledwie zdąży wygłosić orędzie, a już będzie musiał żegnać się nami. Po co nam, na te kilkanaście miesięcy, sejm i senat. Przecież i tak nie będą podejmować żadnych znaczących uchwał, tylko rozdzielać między siebie miejsca w alejach zasłużonych. No i po co nam ta cała przyspieszona ustawa hazardowa, skoro ma działać tylko trzy lata, po co komisja sejmowa, która to bada, po co to wszystko... Trzeba więc przede wszystkim myśleć o tym jak przeżyć, tym razem nie do pierwszego, ale do grudnia 2012 roku. Można na przykład wziąć z banku pożyczkę na lat dwadzieścia. Przecież i tak się jej nie spłaci. Jeszcze lepiej wziąć pożyczkę od bogatego sąsiada, bo wtedy, gdy umówimy się, że spłacimy ją w 2013 roku, nie oddamy mu nic... Warto też kupować jak najwięcej jak najdroższych rzeczy na jak najdłuższe raty, bo i tak nie oddamy ich... Ponieważ ostatnie lata naszego życia winny składać się z samych przyjemności warto na pewno żenić się i wychodzić za mąż bez zastanowienia, ot tak dla zabawy na weselu, bo i tak nasz mariaż potrwa tylko trzy lata... Warto więc obżerać się pasztetami, karkóweczkami, wątróbkami, bo i tak zabije nas co innego, a nie zbyt wysoki cholesterol. Podobnie, drogie panie, ze słodyczami – można bezkarnie zjadać po kilka czekolad dziennie, „dopychając” ptysiami, eklerkami i tortem czekoladowym. Tak samo z alkoholami, panowie. Wreszcie można zaczynać dzień od czerwonego wina, w południe smakować burbona, po południu delektować się szklaneczką porto, by wieczorem zakończyć dzień kieliszkiem (może i dwoma) zmrożonej białej żołądkowej gorzkiej, uznanej niedawno za najlepszą wódkę świata... Czy życie może być piękniejsze niż w przededniu końca świata... A to nie koniec przyjemności. Można wreszcie powiedzieć bliźnim co naprawdę o nich sądzimy. Wychowawczyni naszej córki, która bez przerwy czepia się jej ubrania, możemy wykrzyczeć, że jest stara, głupia, zazdrosna. Lekarza, który zamiast wyrostka, wyciął nam potrzebniejszy narząd, możemy zapytać: kto mu dał dyplom. Możemy też wreszcie oddać męża do biura matrymonialnego, które nam go naraiło... Najprzyjemniejsze jednak, co wynika z końca świata, to fakt, że będziemy mogli wreszcie nie czytać gazet i drukowanych w nich felietonów... |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|