|
Niedziela, 1 Sierpnia 2010
|
| BRAWO WINCENTY |
|
|
| 27.10.2009. | |
|
Ilekroć pojawi się na sejmowej mównicy jest opluwany i wyklaskiwany, a
prawie każdy z posłów po kilka razy w miesiącu składa wniosek o jego
odwołanie. Dlatego, że po pierwsze – na finansach każdy się zna lepiej
od innych, po drugie – nie będzie nam przybłęda z zagranicy grzebać w
naszych pieniądzach, a po trzecie – przydało by się zająć jego stołek.
Mowa o ministrze finansów Janie Vincencie Rostowskim. Tymczasem ów gość
został uznany – poza Polską oczywiście – za najlepszego ministra
finansów w krajach Unii Europejskiej.
Informacja o tym przemknęła jak meteor po jesiennym niebie przez polskie media, a żaden z komentatorów, przeżuwających tygodniami każde kichnięcie najmniej nawet znaczącego ”polityka”, nie wypowiedział się na ten temat. Bo i po co? W naszych dziejach było dwóch Wincentych – kronikarz, biskup Kadłubek oraz chłop Witos – i wystarczy.
W myśl naszego porzekadła: nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Jak dawno przesiąkliśmy tą myślą świadczy fakt, że woleliśmy na króla wybrać jakiegoś Francuzika, do tego odmiennej orientacji seksualnej, niż swojaka. Bo dlaczego tego, a nie tamtego?
I nic się do dziś nie zmieniło. Szklane paciorki sprowadzamy z Chin, doprowadzając do bankructwa hutę szkła w Krośnie; przedkładamy sushi nad chrupiącego schabowego; wolimy tydzień „wypoczynku” w Tunezji zamiast wczasów w zakładowym ośrodku wczasowym nad jeziorem Marózek; na wiejskich zabawach bryluje flamenco, a oberka tańczą tylko na pokaz tzw. zespoły ludowe. Nawet „kolebkę naszej wolności”, czyli stocznie wolimy sprzedać jakimś podejrzanym w burnusach niż dopłacać do nich z budżetu. . Może słusznie. Przecież my w zasadzie niczego nie potrafimy. Czegokolwiek się dotkniemy, to spartolimy. Miała być reforma emerytur, pozwalająca każdemu spracowanemu Polakowi wybierać między letnimi wczasami w Nicei a zimowym pobytem pod piramidami. I co? Miała być reforma służby zdrowia, by każdy medyk był o każdej porze dnia na każde nasze kichniecie, a leki były tanie jak barszcz. I co? Miała być reforma szkolnictwa, by uczniowie dostawali stopnie za samo przyjście do szkoły, a nauczyciele nie byli zmuszani do dwumiesięcznych urlopów i podnoszenia kwalifikacji. I co? W naszych gazetach nie ma co czytać... Nawet felietony pisane na siłę. Zaraz, a które gazety są nasze? Wszystkie przecież z „obcym kapitałem” i muszą drukować co im Niemcy albo inne Murdochy każą. W kinach filmy dla wariatów, jak szósta „Piła”, polskie komedie dla smutasów, albo – dla samotnych i rozwiedzionych - romantyczne bajki o samotnych i rozwiedzionych. Do teatrów się nie chodzi, bo tam tylko wrzeszczą i latają po scenie, poza tym nie wypada żreć popcornu, a filharmonia tylko dla głuchych, bo kto normalny może słuchać czegoś poza Dodą i Patrycją Kosiarkiewicz. Tylko w telewizji coś do oglądania - reklamy. A to cztery skrzydełka na podpasce, a to (ki diabeł?) smakomyk, albo krem ujędrniający... Wreszcie coś się dzieje Nie dziwi więc opinia jaką mamy o sobie. Wszyscy wiemy, że Miłosz dostał Nobla, bo był na emigracji, a palaczka Szymborska – bo załatwiły jej to koncerny tytoniowe. Wajda dostał Oskara, bo stary, a Polański – bo myśleli, że przyjedzie na wręczenie i da się go dorwać. Poza tym – politycy to kretyni, posłowie – głupki, rzemieślnicy – partacze, mieszkania – drogie, budowlańcy – oszukańcy, a w ogóle to drogo, zimno i nie ma do kogo gęby otworzyć. Pozytywne jest to, że w samoocenie potrafimy być szczerzy do bólu. -I co takiego wielkiego zrobił ten cienias Kubica - pyta jeżdżący niemieckim demobilem 16-latek, który z powodzeniem wchodzi w każdy zakręt po 5 litrach piwa... -I taki krzyk po tym trzecim miejscu siatkarek – dywaguje kucharka, która ostatni raz grała w siatkówkę 50 lat temu na koloniach dla dzieci gminnych aktywistów... -Kołecki, Kołecki, sztangę to każdy głupek potrafi podnieść, a ja to zginam każdy słupek przy drodze z siłowni do domu – chwali się napakowany po granice możliwości osiłek... Jedyne nasze osiągnięcie sportowe jakie docenia ogół narodu to gest Kozakiewicza na stadionie w Moskwie. Ten to wreszcie Ruchom pokazał... Jak to ten no... ten od „Wesela” napisał? Chyba: A to Polska właśnie... |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|