|
Wybaczcie, ale treść dzisiejszego artykułu będzie bardzo osobista.
Pozwolę sobie na wstępie na pewną retrospektywę. Pierwszy swój motocykl
kupiłem w roku 1979 i od tego czasu jeżdżę na jedośladach. Jest to
pewna tradycja rodzinna. Mój ojciec już przed wojną miał dwa piękne
motocykle – amerykańskiego Indiana i angielskiego BSA. Ja sam miałem
ponad 30 motocykli. Nie piszę tego by się chwalić – bynajmniej! Przez
wiele lat działałem w wielu klubach motocyklowych. Najprzyjemniej
wspominam czasy gdy byłem członkiem Akademickiego Klubu Motocyklowego
na Politechnice Warszawskiej. Spotykaliśmy się co tydzień.
Każdy przyjeżdżał na tym co miał. Były to motorynki,WSKi, Jawy, AWO. Szczytem marzeń było posiadanie M-72, K-750 czy Urala. Te ostatnie przejeliśmy z demobilu milicyjnego. Oczywiście były w opłakanym stanie. Remontowaliśmy je własnym sumptem w pocie czoła. To były czasy gdy kupienie części czy lakieru graniczyło z cudem. Chromowanie motocyklowych elementów załatwiało się na tzw fuchę w różnych państwowych firmach. Dzięki działalności klubowej udawało się załatwić dodatkowe kartki na paliwo. Bardzo często na spotkaniach klubowych pojawiał się jeden motocykl, reszta przyjeżdżała tramwajami i autobusami. Mimo to spotkania były liczne i bardzo przyjemne. Dzieliliśmy się swoimi doświadczeniami i kontaktami. Dzięki naszej działalności mieliśmy okazję brać udział w kilku polskich filmach jeżdżąc na swych rumakach. Był to czas gdy nikomu nie śniło się nawet o internecie, dlatego też zająłem się korespondencją z zachdnimi klubami i muzeami motoryzacji by pozyskać materiały do rekonstrukcji naszych zabytków.. Dzięki temu w kolejnych latach byłem w zarządzie klubu szefem komisji pojazdów zabytkowych. Dodatkowo kilku z nas uzyskało uprawnienia sędziowskie Polskiego Związku Motorowego. Ja również. To były piękne czasy mimo iż wszystko przychodziło z wielkim trudem, a może właśnie dlatego. Po latach udało mi się kupić mój wymarzony motocykl czyli Harleya Davidsona Electra Glide. Oczywiście wymagał totalnego remontu. W tym czasie przeprowadziłem się do Pułtuska. Harley wylądował w pokoju i tu krok po kroku dokonywałem renowacji. To było pasmo wielkich wyrzeczeń. Części do tego motocykla zawsze nie należały do tanich, ale dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Motocykl musiał powstać. Pamiętam gdy remont był skończony okazało się, że nie mieści się w drzwiach mojego domu. Decyzja była prosta. Wykułem futrynę i udało się wyjechać. Wtedy zacząłem działać w HOG-u czyli klubie miłośników motocykli Harley Davidson. Ilu było tam wspaniałych ludzi. Jedni jeździli na nowych maszynach, inni zaś na starych WL-kach czyli modelu z czasów II wojny światowej. Do dziś pamiętam m.in. genialnego rysownika Witka Parzydłę, od wielu lat nie żyjącego. Swoimi ślicznymi pracami ozdabiał strony Świata Motocykli. Również do dziś przyjaźnię się z ówczesnym prezydentem klubu Wojtkiem Piotrowiczem. Z nim też łączy się prześmieszna historia opowiadana do dziś wśród harleyowców. Otóż pewnego pięknego dnia Wojtek, który jest właścicielem małej fabryczki udał się do sklepu Harleya w Zielonce, gdzie było pierwsze w Polsce oficjane przedstawicielstwo tej firmy. Ponieważ poza prowadzeniem firmy, sam w niej pracował to miał na sobie kombinezon roboczy. Gdy wszedł do salonu nikt na niego nie zwrócił specjalnej uwagi. Ot jakiś robol – oglądacz. W tym czasie szef przedstawicielstwa Wojtek Echilczuk zajmował się potencjalnym klientem pod krawatem. Piotrowicz upatrzył sobie wymarzony model Dynę i zapytał czy jeśli zapłaciłby gotówką to sprzedano by mu ten model o 15 tysięcy taniej. Echilczuk patrząc na robola stwierdził – oczywiście! Na to Wojtek wyjął z torebki po cukrze odliczoną kwotę i stwierdził – no to biorę. Słowo się rzekło, Harley został sprzedany. Po latach wszyscy się z tego śmialiśmy, a Echilczuk stwierdził – pierwszy raz w życiu sprzedałem motocykl poniżej kosztów, ale nauczyłem się szanować klientów. Po latach do klubu napłynęło wielu ludzi, którzy z motocyklizmem mieli tyle wspólnego, że stać ich było na kupno Harleya bo tak wypadało. Krótko mówiąc nowobogaccy. Swoje motory na zloty wozili na lawetach by zrobić nimi kilka kilometrów na miejscu. Mieli natomiast bardzo dużo do powiedzenia na temat swoich Harleyów. Niestety w razie awarii korzystali jedynie z serwisu.Również gdy chodziło o wymianę np. świec. W tym też czasie z klubu odeszła większość prawdziwych harleyowców. Na tym skończyła się też i moja działalność klubowa. Nie miała ona sensu. Przecież nie miałem złotej karty VISA czy jak to się tam nazywa. Dziś po wielu latach, mieszkając w Pułtusku już 15 rok, pomyślałem sobie, że skoro w naszym mieście z roku na rok przybywa motocykli i to pięknych motocykli to może warto zorganizować fajną zabawę pt.: Konkurs na najładniejszy motocykl. Nie przypuszczałem, że to będzie wielki błąd. Okazało się, że nie dorośliśmy do miłej zabawy. Na początku zainteresowanie było znikome więc do konkursu dołączyłem swój motocykl, by zainteresować innych. Od początku założyłem, że nie będę w nim brał udziału, by nie wywołać niepotrzebnych spekulacji skoro pracuję w Pułtuskiej Gazecie Powiatowej. Tę wiadomość przekazałem wielu startującym w konkursie, by nie było wątpliwości. Mimo to rozpoczął się tzw. wyścig szczurów. Od początku było wiadomo, że nagrody w konkursie będą symboliczne. Niestety okazało się, że wszyscy podeszli do sprawy niezwykle „ambicjonalnie”. Całkiem jakby nagrodą były wakacje na Bermudach! Zacząłem dostwać telefony, maile od wielu do głębi urażonych bikersów. Bo ja mam 4 tysiące, a on 6 tysięcy punktów. To skandal!!!! Do pewnego momentu mnie to śmieszyło, ale dziś głupota sięgnęła zenitu. Dowiedziałem się, że ja i Andrzej Komar, którego motocykl uważam osobiście za najciekawszy, bierzemy w konkursie udział bezprawnie? Dlaczego? Ano dlatego, że ktoś sprawdził, iż nie mamy pułtuskiego meldunku!!! Nie ważne, że ja mieszkam tu od 15 lat, a Andrzej od prawie dziesięciu! Gwoli ścisłości w RP od jakiegoś czasu nie ma obowiązku meldunkowego tym bardziej, że nie startujemy np. w wyborach. Moim jedynym celem była konsolidacja środowiska motocyklowego, a okazało się, że wywołałem wojnę. Chciałem, by konkurs był przyczynkiem do zorganizowania w przyszłości naszego pułtuskiego zlotu motocyklowego. W tym celu skontaktowałem się z Lechem Potyńskim naczelnym redaktorem Świata Motocykli, a moim serdecznym przyjacielem. Zaprosiłem Go na naszą imprezę by wręczył nagrody. Obiecał mi też, że zamieści notatkę o tym w Świecie Motocykli. To moim zdaniem doskonała reklama dla nas i naszego miasta. Niestety, a może to i lepiej, że Lecha nie będzie, bo jedzie w tym czasie do firmy motocyklowej we Francji. Ja również nie będę brał udziału w tej farsie. Żałuję tylko, że straciłem czas na zakup upominków dla pułtuskich „motocyklistów”, a Lechowi z chęcią oddam swoje pułtuskie naszywki w prezencie bo ja ich nosić na swoich motocyklowych ubraniach nie chcę – przecież nie jestem w Pułtusku zameldowany!!! Panowie – bawcie się dobrze! Przepraszam – jest i jedna Pani gratuluję odwagi.
|