Wtorek,   24 Października 2017
MIDAS
„Tu siedziałem za wolność”- Bronisław Komorowski o pobycie w pułtuskim więzieniu Utwórz PDF Drukuj
11.07.2017.

 
O aresztowaniu, osadzeniu i pobycie w więzieniu w Pułtusku, o wizytach na pułtuskim zamku, o wyróżnieniu przez Baracka Obamę, z byłym Prezydentem RP Bronisławem Komorowskim, rozmawiała Anna Morawska. 
 
 
 
Panie Prezydencie. W okresie PRL był Pan aresztowany i osadzony w pułtuskim więzieniu, proszę opowiedzieć mieszkańcom Pułtuska, za co był Pan skazany i ile czasu spędził Pan w więzieniu. Kiedy to było?

Do więzienia w Pułtusku trafiłem z więzienia na Służewcu w Warszawie, gdzie odbywałem karę aresztu za zorganizowanie obchodów Święta Niepodległości 11 listopada 1979 roku. Tamtego dnia przemawiałem przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Zostałem aresztowany i skazany przez sędziego Andrzeja Kryże. Ciekawostką jest, że to późniejszy wiceminister sprawiedliwości w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Sędzia Andrzej Kryże skazując mnie powiedział, że swoim przemówieniem przy Grobie Nieznanego Żołnierza obraziłem uczucia narodowe, bo stwierdziłem, że Polska nie jest krajem niepodległym i dał mi miesiąc odsiadki. Starsi koledzy dostali po trzy miesiące, ja dostałem jeden miesiąc, bo byłem najmłodszy i najkrócej przemawiałem.
Była to nowa sytuacja dla opozycji, wcześniej nie skazywano na żadne wyroki poza zamykaniem na 48 godzin i straszeniem sankcjami prokuratorskimi. Ja również miałem chyba dwukrotnie sankcje prokuratorskie. Za akcję 11 listopada 1979 roku trafiliśmy do więzienia jako jedni z pierwszych więźniów politycznych w epoce Gierka. Był to początek nowego zjawiska w relacjach między opozycją a władzą komunistyczną. 
Druga sprawa, to pytanie dlaczego trafiłem do Pułtuska – dla mnie nie do końca jest to jasne. Być może chodziło o to, że gdy siedziałem w więzieniu na Służewcu w Warszawie, to spotkałem tam, jako kalifaktora, czyli takiego więźnia roznoszącego jedzenie, swojego kolegę z klasy, który siedział za pobicie milicjanta. Od razu się rozpoznaliśmy. Te relacje między nami zaobserwowali strażnicy. Być może ktoś doniósł, w każdym razie uznali, że jest to niebezpieczna sytuacja, kiedy więzień polityczny Bronisław Komorowski ma kontakt z więźniem kryminalnym, swoim kolegą, który jest kalifaktorem i który może krążyć pomiędzy celami. 
Być może był też drugi powód – spodziewane wybory do rad – na wszelki wypadek wywieziono mnie i innych kolegów do różnych więzień poza Warszawę. Mnie wywieziono do Pułtuska. Za każdym razem gdy przejeżdżam przez Pułtusk, patrzę na dawne więzienie i myślę „tu siedziałem”. To jest trudny, ale też ciekawy fragment mojego życiorysu.

Jak Pan wspomina pobyt w więzieniu? Czy współwięźniowie też byli polityczni?

Nie, nie było żadnych więźniów politycznych. Zostałem, jakby to powiedzieć, w trybie trochę „alarmowym” przewieziony do Pułtuska i pierwszą noc spędziłem w celi z młodocianymi przestępcami. Do tej pory to nie było praktykowane wśród więźniów politycznych. Czy to był przypadek, czy specjalna szykana, tego nie wiem. To była bardzo trudna i niebezpieczna noc. Potem przeniesiono mnie do celi ze starszymi więźniami, kryminalistami. Jeden był malwersantem księgowym, drugi hydraulikiem włamywaczem, a trzeci – kierowcą – siedział za kradzież lamp. Siedziało się z nim, jak na warunki więzienne, całkiem spokojnie. Prawdopodobnie ten księgowy był donosicielem więziennym i pewnie raportował, bo co jakiś czas wychodził z celi. A oni pilnowali, żeby nic mi złego do głowy nie przyszło, żeby w celi się nic złego nie wydarzyło. 
W więzieniu najbardziej pożądani są ci, którzy potrafią opowiadać. Chyba najlepszym współwięźniem byłby opowiadacz bajek. Można być fajnym kolegą, jeśli ma się coś ciekawego do opowiadania z własnego życia, ciekawe opowieści, historie czy nawet ciekawostki przyrodnicze. Tu przydały się moja wiedza historyczna i pasja jaką jest myślistwo. 
Moi współwięźniowie to byli na ogół ludzie z tamtego terenu. Szybko okazało się, że możemy znaleźć wspólne tematy, np. sporo więźniów wiedziało, że to więzienie było kiedyś rozbite. Chodziło o powojenną akcję podziemia zbrojnego. Wiem, że dzisiaj tam jest tablica upamiętniająca to wydarzenie. Pamiętam, że jeden z tych współwięźniów opowiadał o różnych akcjach podziemia zbrojnego i wspominał, że jako chłopiec był świadkiem procesu, tzw. „leśnych”. Opowiadał, że był oddział Kmiołków (mówił – banda). Na procesie wprowadzili Kmiołka w rozpiętym płaszczu, wszedł na salę, sędziowie siedzą i jeden zadaje pytanie, dotyczące jakiejś akcji, gdzie zginęło paru ubeków, czy też milicjantów. - „No Kmiołek, to ilu was tam było pod taką, a taką miejscowością?”A Kmiołek rozejrzał się dumnie po sali i nie patrząc na sędziego mówi na całą salę – „Było nas dwóch, ja i karabin maszynowy!”
Takie opowieści były dla mnie sygnałem, że nawet w więzieniu są chętni do zmiany ustroju.
Ze śmiesznych historii, które miały wtedy swój szczególny kontekst, pamiętam kłopoty z ubikacją. To było stare więzienie, jeszcze XIX – wieczne, dawny budynek klasztoru, który po powstaniu styczniowym przerobiono na więzienie. Nie było kanalizacji, w celach nie było ubikacji, co jest rzeczą niesłychanie dotkliwą. Dwa razy dziennie wyprowadzano nas do latryny. Nie jest rzeczą prostą o 6 rano zrealizować wszystkie potrzeby fizjologiczne na rozkaz. Więc ja potem musiałem wyjednać sobie zgodę, żeby jeszcze raz móc pójść do latryny, a wyprowadzał więzień, który siedział za ciężkie przestępstwo, chyba za pobicie żony ze skutkiem śmiertelnym. Waliłem w drzwi celi i wołałam na cały korytarz – „Gierek – kibel!”, bo więzień nazywał się tak samo, jak pierwszy sekretarz PZPR. 
Pobyt w więzieniu to chwile trudne – jak pobyt w tej celi z młodocianymi, kiedy indziej chwile bez poczucia zagrożenia, a czasami chwile nastrojowe. Kompleks budynków klasztornych podzielony był na część więzienną i kościelną. Dlatego też dosyć często słyszało się przez okna celi nabożeństwo w kościele, dźwięk organów, śpiewy ludzi. Wywoływało to u mnie skojarzenia z trzecią częścią „Dziadów”, gdzie u Bazylianów też siedzieli więźniowie w celach i także odbywały się nabożeństwa. Było przedwiośnie, więc było słychać gawrony, kawki i inne ptaki. Widać było w oknach więziennych chmury. Raz dziennie wyprowadzano nas na spacerniak, który był na terenie wirydarza, czyli dziedzińca klasztornego, wtedy patrzyło się w górę, żeby zobaczyć choć kawałeczek nieba... Jakoś dotrwałem do końca. 
Z więzienia odebrała mnie kilka dni przed Wielkanocą moja żona Ania razem z Jankiem Dworakiem, moim przyjacielem. Jechaliśmy małym fiatem we troje i zapamiętałem jak niesamowicie zmieniła się przyroda. Nastrój był zupełnie inny, już wiosenny. A potem był już tylko krok do wolności, do strajków w stoczniach i do Solidarności.
Kiedy wróciłem do domu, gdzie czekały malutkie dzieci, jeszcze dwójka, niemal od razu wróciłem do pracy w podziemiu. Miałem świadomość, że być może przyjdzie odsiedzieć następny miesiąc albo i więcej, bo miałem wtedy już kolejne sankcje prokuratorskie za zorganizowanie, nieudanej zresztą, demonstracji w grudniu 1979 roku. Robiliśmy demonstrację w rocznicę masakry na Wybrzeżu, w grudniu 1970 roku. Kilkanaście osób dostało wtedy sankcje, w tym również ja. Toczyło się śledztwo, które groziło już zwiększonymi karami więzienia. 
 
 
 
A pamięta Pan ówczesny Pułtusk?

Jak wracaliśmy z tego więzienia to pamiętam, że wtedy zobaczyłem, jak ładny jest Pułtusk. Bo przywieźli mnie zamkniętym samochodem, nie widziałem gdzie mnie wiozą, dopiero, gdy znalazłem się w więzieniu, dotarło do mnie, że to jest Pułtusk. A wyjeżdżając z żoną i z Jankiem rozglądałem się na prawo i lewo. Zobaczyłem po raz pierwszy śliczne miasteczko, jedno z najładniejszych na Mazowszu.

Czy bywał Pan jeszcze w Pułtusku, czy np. ma Pan z znajomych w tym mieście?

Bywałem w Pułtusku wielokrotnie. Przyjeżdżałem tu między innymi jako dyrektor w Urzędzie Rady Ministrów. W imieniu Premiera wysłał mnie tam minister Aleksander Hall. Na zamku pułtuskim odbywało się spotkanie dotyczące budowania relacji między wolną Polską a środowiskami polonijnymi.
To musiał być grudzień 1989 roku, przydzielono mi Lancie służbową, wbiłem się w garnitur, bo jechałem na bardzo ważne spotkanie, po czym okazało się, że nie można podjechać pod wzgórze, które jest przed Pułtuskiem. Wszystkie samochody zjeżdżały na dół i mój także. W końcu jakoś się udało przyjechać i wtedy dostałem pierwszą lekcję, jak wyglądało rządzenie rodem z PRL – u. Byłem w cudzysłowie – ważnym dyrektorem z nowego naboru – a tam była cała masa ludzi, paru ministrów z poprzedniego układu i paru biskupów. Spóźniłem się przez to oblodzenie, więc wchodzę skonfundowany i tłumaczę się jak sztubak. „Ach tak” – mówi jeden z ministrów starej daty i dodaje – „Panie dyrektorze, to pan nie wie, jak się załatwia takie sprawy?”. Poprosił o telefon, przyniesiono aparat z długim sznurem i mówi: „Halooo, tu mówi ten i ten, podobno dyrektor Komorowski nie mógł dojechać do Pułtuska z powodu oblodzenia?”. Odłożył słuchawkę i mówi „Tak się załatwia takie sprawy” patrząc mi prosto w oczy. I rzeczywiście, jak wracałem zobaczyłem, że chyba z połowy Mazowsza ściągnięto piaskarki, które intensywnie czyściły i wysypywały piaskiem drogę. 
Dotarło wtedy do mnie, że władza także pokusy i pułapki przywilejów. 
Potem na zamku w Pułtusku bywałem często na różnych spotkaniach polonijnych. Chciałem zostać sekretarzem generalnym nowej powstającej wtedy organizacji działającej jako narzędzie państwa polskiego na rzecz Polonii. Chodziło o „Wspólnotę Polską”, która miała powstać w miejsce Towarzystwa Polonia. W związku z tym jeździłem wielokrotnie do Pułtuska, tam były narady z kościołem i z partiami politycznymi.
Wszystko potoczyło się jednak inaczej. Już w trakcie zjazdu „Wspólnoty Polskiej”, kiedy prof. Stelmachowski zgłosił mnie jako kandydata na sekretarza generalnego, dostałem wezwanie od premiera Mazowieckiego. Tam dowiedziałam się, że „idę do wojska”. Zostałem, obok Janusza Onyszkiewicza, jednym z pierwszych cywilnych wiceministrów obrony narodowej. Oczywiście miałem przyjemność bywać w Pułtusku, potem także z własnymi dziećmi. Zależało mi na tym, aby zobaczyły miejsce, gdzie ich tata siedział w więzieniu. Pamiętam zwiedzanie Pułtuska i piękne gondole pływające po Narwi.
Odwiedziłem także więzienie, w momencie kiedy przebudowywano je na siedzibę Caritasu. Przyjął mnie wówczas ksiądz proboszcz. To było miłe spotkanie. Udało mi się jeszcze wejść po drabinie (bo schody były już rozebrane) do swojej celi, w której siedziałem. Przywołało to wspomnienia tamtych złych czasów.

Czy Pan Prezydent się obecnie zajmuje?

Jako były prezydent jestem wciąż aktywny. Prowadzę Instytut, w którym kontynuowane są inicjatywy powstałe podczas mojej Prezydentury. W swojej działalności Instytut koncentruje się głównie na trzech zagadnieniach: Europa i świat, bezpieczeństwo, demokracja i gospodarka. Aktywności instytutu obejmują organizacje seminariów i konferencji zarówno w kraju i za granicą, a także publikacje analiz i raportów. 
Wspieram też dzisiejszą opozycję demokratyczną, bo czuję się jej częścią tak, jak czułem się wtedy, kiedy siedziałem w więzieniu w Pułtusku. Ostatecznie, po drugiej stronie dzisiejszej barykady politycznej, w PiS, jest prawdopodobnie nadal ten sam sędzia Kryże…
Działam również rzecz nowego zjawiska w Polsce, jakim jest zdolność do współdziałania przy wszystkich różnicach byłych prezydentów, mając nadzieję, że to się stanie normą. Działamy z prezydentem Kwaśniewskim, jak również z prezydentem Wałęsą w różnych obszarach, zajmując wspólne stanowisko w wielu ważnych dla Polski sprawach. Przykładem może tu być „List byłych prezydentów z okazji 4 czerwca” bądź wspólna konferencja z okazji 60 – lecia Traktatów Rzymskich. 
Oprócz tego mam trochę więcej czasu na życie rodzinne, więcej czasu spędzam z wnukami, które chciałbym kiedyś zabrać do Pułtuska i opowiedzieć im o moich przeżyciach związanych z tutejszym więzieniem. 
Warto opowiadać historię Polski poprzez własne życie i doświadczenia.
Często robiło to duże wrażenie na zagranicznych gościach, gdy dowiadywali się, że polski Prezydent był więźniem politycznym. Stanowiło to dobrą okazję do tego, aby opowiedzieć więcej o polskiej drodze do wolności.
Pułtusk to był tylko miesiąc, może to nie była aż tak straszna kara, jednak więzienie pozostaje więzieniem. Potem był jeszcze obóz internowania, to robiło wrażenie na wszystkich, ponieważ mało który prezydent na świecie może o sobie powiedzieć „siedziałem w więzieniu za sprawy wolności”. Pamiętam, że Prezydent Barack Obama, chcąc wyróżnić dwóch Prezydentów, więźniów politycznych, posadził obok siebie właśnie mnie i Prezydenta Urugwaju. Zapraszając do zajęcia miejsca przy głównym stole powiedział: „No wy to sobie macie dużo do powiedzenia, boście obaj siedzieli w więzieniu”. Czasami takie fragmenty niesztampowego życiorysu, pozwalają skuteczniej budować dobrą opinię o Polsce jako kraju ludzi, którzy na tyle cenili sobie i cenią wolność, że byli w stanie za wolność płacić wysoka cenę, a nie tylko oczekiwać nagrody.

Bardzo dziękuję za rozmowę i zapraszam z wnukami do Pułtuska. 
 
 
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Prefabruk
PSB Mrówka
 
jkwl
Gwarant
   

 

 

 

 

Sonda
Nasze filmy



 
Nasza Jedynka
 
4x4